Hm. Rzpl. Olga Drahonowska-Małkowska

Tropami Druhny Oleńki
Olga Małkowska była jeszcze młodą dziewczynką gdy zaczęła pisać wiersze. Żyła wtedy w Polsce pod zaborami, w Polsce która politycznie – prawie wcale nie istniała. Ale jak wielu innych młodych myślących polaków tamtej epoki, żyła jenocześnie w gorąco wymarzonej, nade wszystko ukochanej Ojczyźnie, w Polsce cudownej i prawdziwej. Realizacje tej wymarzonej i prawdziwej Ojczyzny Babcia przyjęła jako zadanie na całe życie. I w wierszach tu zebranych przede wszystkim odbija się właśnie to – Jej pasjonujący patriotyzm, nieogarnięta miłość dla Polski.
Niedawno przesłano mi do Anglii pamiętnik Babci „Dzienniczek o Lutyku” – o moim ojcu – z lat 1918 i 1919, kiedy żyjąc samotnie w Anglii z małym dzieckiem (Tatuś miał wtedy 4-5 lat) przeczekiwała koniec pierwszej wojny światowej i powrót z wojska przeukochanego młodego męża, dzielącego z Nią idee odbudowy niepodległej Polski. Aż pewnego dnia przychodzi nieoczekiwany telegram. Mąż, Andrzej, nie żyje. Zginął w katastrofie morskiej. Już nigdy nie wróci.
I w tym momencie Babcia tak pisze w dzienniczku do małego syna: „Lutyku najmilszy, jesteś sierotą! Lutyku, Twój Tatuś umarł... Tatuś! Ten Tatuś, który Cię kochał... ten Tatuś , który widział w Tobie swego przyszłego przyjaciela, bojownika wielkich, czystych idei, którym sam służył... Lutyku, wielkiego miałeś Tatusia, nie każdemu dane jest mieć takiego ojca! Żył dla Polski i dla Polski zginął. Poświęcił wszystko co miał najdroższego tu na ziemi abyś Ty dziecino mógł żyć w wolnym kraju, wśród wolnego ludu, w pokoju i w dostatku. Lecz teraz na Tobie spoczywa obowiązek pójścia śladami tego Tatusia by jego marzenia w życie wcielić. Teraz na Ciebie kolej.”
Sama wzięła na siebie ten obowiązek, bezzwłocznie kierując się nim przez wszystkie lata, w życiu osobistym i publicznym, w Polsce i na wygnaniu, w chwilach trudnych i radosnych.
I przekazywała ideał bardzo wielu innym. Wychowując sie w Anglii, z daleka od Niej – bo Babcia wyjechała z Anglii by zamieszkać znów w ukochanej Polsce, gdy miałam nie całe 4 lata – kiedykolwiek spotkałam się z kimś kto Ją pamiętał, zawsze słyszałam to samo: niezapomniana wielka patriotka i miłośniczka Polski, osoba niezwykłego wdzięku i czaru, bystrości umysłu i głębokości uczuć, która potrafiła porywać innych „jak lawina”. Była instruktorką harcerską całą swoją osobą. I jakże wymownie wiersze i pieśni przez Nią pisane oddają treść i sens życia harcerskiego, pełen zaangażowania, czynu, świadomości, radości.
A w samym sercu tego życia tkwi miłość do przyrody – miłość, którą od początku kojarzę z nią, kiedy odwiedzaliśmy Ją w wielkim pięknym domu w hrabstwie Devon w Anglii, położonym w lesie nie daleko prastarych gór, gdzie w latach mojego wczesnego dzieciństwa Babcia prowadziła Dom Dziecka Polskiego dla dzieci rodzin polskich jeszcze po drugiej wojnie nieustabilizowanych na terenie Anglii. Mieszkała daleko; jechało się do Babci dzień i noc, godzinami nieskończonymi dla nas dzieci. Pamiętam gdy raz – bo jeszcze byłam bardzo mała – wysiadając z samochodu pod koniec tej długiej drogi, zachwyciłam sie zachodem słońca. Całe niebo się paliło czerwono, a ziemia już ociemniona nadchodzącą nocą rozprzestrzeniła się, wydawało się, bez granic. „Czy to się nazywa horyzont?” zapytałam.
Tylko u Babci widać było takie szerokie horyzonty. I takie wiekowe drzewa, i takie ogrody, i takie zwierzęta: a tyle było wokół dzieci, i dobrych ludzi, i morze, i słońce. Dopieo po bardzo wielu latach, odwiedzając Dworek Cisowy w Pieninach – zrozumiałam, że duch Babci domu w Anglii był niczym innym niż bladym odzwierciedleniem tego co istniało kiedyś między wojnami w Polsce. Tam w tym cichym zakątku nad Dunajcem gdzie raz Tatuś, będąc jeszcze młodym chłopcem, stwierdził, „Mamusiu, tutaj trudno by było małemu chłopcu być niegrzecznym” – i Babcia postanowiła w tym miejscu postawić pierwszą w Polsce Szkołę Pracy Harcerskiej.
Dworek Cisowy tkwił już w marzeniach Babci z Andrzejem jeszcze dawno nim powstał w istocie. Miało to być miejsce, gdzie ludzie mogli żyć zgodnie z przyrodą, gdzie harcerskie wychowanie mogło się odbywać na łonie „pierwotnego piękna”, jak to Babcia raz określiła, gór, lasów, rzek i łąk. Od tego miały się wywodzić siły fizyczne i umysłowe, zdrowie, zaradność, głębokie zaspokajanie potrzeb duchowych, bliskość samego Boga. O tym Babcia w wierszach pisze bardzo dużo, i zawsze tym żyła. Gdy w pierwszych dniach drugiej wojny światowej Tatuś przyjechał do Polski z Ameryki i wyrzekł się obywatelstwa amerykańskiego by wstąpić do wojska polskiego, udali się na parę dni do Jej pięknego leśnego domku niedaleko Dworku zwanym „Pustelnia”. Potem pisała: „Przypomina mi się niewysłowiony czar tych ostatnich dwu dni spędzonych z Tobą na Pustelni... Powoli słońce, cisza i urok jaki Pustelnia zawsze miała dla nas, rozproszyły obawy. Pogoda była tak cudna, ogród pod nami stał jakby zasłuchany w rozmowę ziemi ze słońcem. Nie, jak można się było czegokolwiek obawiać!”
Zaradność i siły duchowe i fizyczne wyrobione w Dworku dobrze służyły mojemu ojcu podczas wojny. Aresztowany przez Gestapo, uciekł i przeszedł całą Europę poprzez więzienia i obozy by w końcu dołączyć 4 lata później do Armii Polskiej we Włoszech, gdzie walczył pod Monte Cassino. Babcia z kolei, wyczerpana fizycznie i nerwowo ciężką pracą w Anglii na rzecz Polski (piękną i czystą angielszczyzną wygłośiła setki odczytów i audycji radiowych, pracowała w organizacjach emigracyjnych, zorganizowała i prowadziła Dom Dziecka Polskiego i harcerską pomoc dla dzieci po całej Europie), w 1944r. mocno zachorowała na kilka lat. Umilkły wiersze, pieśni. Dużo później przyznała się: „Warszawa mnie dobiła.”
Ale przedwojenny Dworek Cisowy zostawił niezatarte ślady w życiu wychowanek. W Anglii przyzwyczaiłam się do starszych pań Angielek które, podając delikatnie herbatkę w pięknie wypucowanych pokoikach, potrafiły jednocześnie opowiadać o wilkach w Tatrach, o mrozach pienińskich, o ciekawych zajęciach i wymagających obowiązkach, o Przyrzeczeniu... I tak im oczy błyszczały jak tym starszym druhnom, które poznałam później, już w Polsce, i które cierpliwie zapoznawały mnie z całym pięknym dobytkiem tych lat. Czytając Babci wiersze pisane o życiu dworkowym, łatwo uchwycić ich echo. Dworek Cisowy do dziś stoi, służy dzieciom, i jest pięknie utrzymywany, otoczony sadem zasadzonym jeszcze przez harcerki, obfitującym co roku w owoce.
Babcia jenocześnie działała w sferze międzynarodowej, która to też ma oddźwięk w Jej pisaniu. Czy w Lidze Narodów, czy w międzynarodowej organizacji skautingowej, zawsze głosiła imię Polski. I sama własną pracą i postacią nawiązywała kontakty które stały się bliskie i serdeczne nie tylko Jej samej, ale Polsce też. Będąc w Polsce kilka lat temu byłam zdumiona gdy zobaczyłam w muzeum w Wieliczce książkę wizytową otwartą na stronę roku 1933, z podpisami skautów angielskich, między innymi Roberta Baden-Powella. Odwiedzając w zeszłym roku córkę Lorda Baden-Powella – Betty, panią w starszym wieku – zapytałam się czy przypominała sobie tę wizytę. „Owszem! Nawet mam tu w albumie zdjęcia,” oświadczyła z radością. I rzeczywiście. Na promie w Gdyni, młodzieńcza sylwetka Lady Olave’y, tejże młodej Betty, z innymi harcerkami. „Nie przypominam sobie żebyśmy się widziały z Druhną Oleńką akurat wtedy”, powiedziała. „Bo tak naprawdę, matka była bardzo serdeczną przyjaciółką Druhny Oleńki. I w tamtych latach dużo się spotykały, korespondowały.”
W przedpokoju u p. Betty zauważyłam niewielką rzeźbę z brązu. Młody rycerz, na pół klęczący, trzyma lekko podniesione, rozstawione ręce, a na nich duży starodawny miecz, jakby w ofierze. Głowę ma pokornie pochyloną. Jest w całej tej sylwetce coś tak uderzającego, pięknego, że zapytałam się, skąd ta rzeźba pochodzi. „Ojciec to zrobił,” wyjaśniła. „Był z zamiłowania rzźbiarzem.” I w tym starodawnym domu na dalekich krańcach Anglii, znowu mi się przypomniały słowa ułożone w hymn harcerski przez młodą Druhnę Oleńkę, „Wszystko co nasze, Polsce oddamy”.
Po Jej powrocie do Polski w 1961r. widziałam się z Babcią tylko dwa razy, i to na bardzo krótko. Chorowałam na serce, dłuższy pobyt w Zakopanem były więc wykluczone; a babcia nie miała już siły na podróże. Na ostatnim króciutkim spotkaniu – miałam 16 lat – zaprosiła adwokata i zrobiła mnie swoją spadkobierczynią. Nie rozumiałam wtedy dlaczego. Dopiero teraz widzę, że do samego końca Babcia umiała kształcić charaktery.
Tina Małkowska
Bristol, Anglia, luty 1999r.
Jak ten słowik cudnie śpiewa
Jak ten słowik cudnie śpiewa,
miły Boże!
Aż zdumione zmilkły drzewa,
łąka, zboże...
Śpiewa ci tak hen, po lesie
ucieszony,
a wiatr piosnkę jego niesie
na wsze strony.
To zawodzi, to znów gada
hardo, śmiele,
niby pereł ci kaskada
płyną trele.
Śpiewaj, ptaszę ukochanie
pieśń swą śpiewaj!
A ty wichrze ją po łanie
hen rozbrzmiewaj.
Nieś ją, nieś ją przez te nieba
na las, wioski...
Śpiewaj ptaszę, bo mi potrzeba
twojej piosnki.
Alboż ty mi piosnkę dasz,
ukojenia chwilę,
kiedy mi na duszy grasz
nut serdecznych tyle?
Uniesiesz-li ty mnie wzwyż
tam w błękitów morze,
gdzie wśród fal odwiecznych ciszy
wieczne świecą zorze?
gdzie myśl może mknąć jak grot,
bez pęt, bez wędzideł?
Alboż ty mi dasz ten lot
lkarowych skrzydeł?
Chciałabym jaśnieć...
Chciałabym jaśnieć, jako ta tęcza,
W wód kryształowych drżącej kaskadzie
Jak ten słoneczny snop co się kładzie,
Na mgieł porannych przędze pajęcze.
I ponad szare myśli przełęcze
jak orzeł rwać się w błękitów dale.
Chciałabym czystą być, jak te fale,
na których słońce maluje tęcze.
I duszę mą bym przystroić chciała,
W wszystko, co tylko pięknem się mieni.
Z wiośnianych marzeń jasnych płomieni,
Jutrznianą szatę bym jej utkała,
I tak słoneczną w marzeń ozdobie,
Pod stopy bym ją ścieliła Tobie.
Zródło: Tu Mi Dobrze, Tu Mój Świat, wyd. nakładem ZHR, Zakopane 1999r.